Punia...
Moja fascynująca przygoda z ze zwierzakami rozpoczęła się gdy miałam dziewięć lat...
Suczka Punia, którą wtedy przyniosłam do domu, była wyjątkowo ślicznym stworzonkiem. Niewielka, zgrabniutka, o lśniącej czarnej sierści, z białymi skarpetkami, krawatem i białą końcówką ogona. Miała pięknie zarysowany łeb, zupełnie jak miniaturowy wilczur i oczywiście szpiczaste, stojące uszka...
Zakochaliśmy się w niej wszyscy, choć taki na przykład Tato długo nie chciał się do tego przyznać. Traktowaliśmy ją jak pełnoprawnego członka rodziny i może nawet troszkę w tym przesadzaliśmy. W każdym bądź razie sypiała w łóżku, obowiązkowo z łbem na poduszce i przykryta po szyję kołdrą. Przeważnie ze mną (albo raczej ja z nią). Kiedy uważała że za bardzo się rozpycham powierzchnię między nami powiększała za pomocą sztywno wyprostowanych łap.
Jeść nie chciała inaczej jak tylko z talerza. Obowiązkowo musiała znajdować się w nim łyżka. Zjadała wówczas wszystko ale wyłącznie wtedy gdyśmy ją tą łyżką karmili. Samodzielnie konsumowała wyłącznie cukierki czekoladowe i ciastka, które uwielbiała.
Pozwalała mi przebierać się w lalczyne ubranka i wozić w wózku, choć niezbyt chętnie...
...Jak dzisiaj to wspominam to robi mi się nieswojo, ale wtedy tak właśnie wyobrażałam sobie prawidłową opiekę nad psami...
...Uwielbiała moje lalki. Pogryzione zwłoki zakopywała mi w pościeli. Ryczałam wtedy jak bóbr a winowajczynię na jakiś czas wykluczałam z grona przyjaciół. Równie niezadowolona byłam gdy w tym samym miejscu znajdywałam wywleczone z kosza na śmieci odpady. Jadalne lub nie, ale zawsze śmierdzące.
Punia fałszywa była straszliwie. Na ogół nie lubiła obcych. Jeżeli jednak któryś z nich miał czekoladkę, siadała mu na kolanach i miłośnie patrzyła w oczy. Tak długo dopóki wszystkich nie wyżarła. Po tym terminie czekoladodajną dłoń z rozmachem gryzła.
Chowana z dziećmi, w czasach kiedy to czekolada a nie marchewka była symbolem „dobrego" odżywiania, łakoma była na ten rarytas straszliwie. Czekoladę potrafiła wyczuć niczym rekin krew z odległości kilku kilometrów i wleźć za nią nawet do wysokiego kredensu, gdzie usiłowałam ją przed nią chronić.
Suczka Punia, którą wtedy przyniosłam do domu, była wyjątkowo ślicznym stworzonkiem. Niewielka, zgrabniutka, o lśniącej czarnej sierści, z białymi skarpetkami, krawatem i białą końcówką ogona. Miała pięknie zarysowany łeb, zupełnie jak miniaturowy wilczur i oczywiście szpiczaste, stojące uszka...
Zakochaliśmy się w niej wszyscy, choć taki na przykład Tato długo nie chciał się do tego przyznać. Traktowaliśmy ją jak pełnoprawnego członka rodziny i może nawet troszkę w tym przesadzaliśmy. W każdym bądź razie sypiała w łóżku, obowiązkowo z łbem na poduszce i przykryta po szyję kołdrą. Przeważnie ze mną (albo raczej ja z nią). Kiedy uważała że za bardzo się rozpycham powierzchnię między nami powiększała za pomocą sztywno wyprostowanych łap.
Jeść nie chciała inaczej jak tylko z talerza. Obowiązkowo musiała znajdować się w nim łyżka. Zjadała wówczas wszystko ale wyłącznie wtedy gdyśmy ją tą łyżką karmili. Samodzielnie konsumowała wyłącznie cukierki czekoladowe i ciastka, które uwielbiała.
Pozwalała mi przebierać się w lalczyne ubranka i wozić w wózku, choć niezbyt chętnie...
...Jak dzisiaj to wspominam to robi mi się nieswojo, ale wtedy tak właśnie wyobrażałam sobie prawidłową opiekę nad psami...
...Uwielbiała moje lalki. Pogryzione zwłoki zakopywała mi w pościeli. Ryczałam wtedy jak bóbr a winowajczynię na jakiś czas wykluczałam z grona przyjaciół. Równie niezadowolona byłam gdy w tym samym miejscu znajdywałam wywleczone z kosza na śmieci odpady. Jadalne lub nie, ale zawsze śmierdzące.
Punia fałszywa była straszliwie. Na ogół nie lubiła obcych. Jeżeli jednak któryś z nich miał czekoladkę, siadała mu na kolanach i miłośnie patrzyła w oczy. Tak długo dopóki wszystkich nie wyżarła. Po tym terminie czekoladodajną dłoń z rozmachem gryzła.
Chowana z dziećmi, w czasach kiedy to czekolada a nie marchewka była symbolem „dobrego" odżywiania, łakoma była na ten rarytas straszliwie. Czekoladę potrafiła wyczuć niczym rekin krew z odległości kilku kilometrów i wleźć za nią nawet do wysokiego kredensu, gdzie usiłowałam ją przed nią chronić.
*
Któregoś dnia ślicznotka nasza dostała pierwszej cieczki. To, co od tej pory zaczęło się dziać na trawniku pod naszym domem przechodziło ludzkie pojęcie! Nagle, z dnia na dzień okazało się że mamy nie jednego psa ale ze czterdzieści! Różnej maści i wielkości.
Z początku było to nawet zabawne, jako że ja na przykład lubiłam zwierzątka i moim odwiecznym marzeniem było mieć ich jak najwięcej. Zdarzało mi się nawet głaskać z upodobaniem tego lub owego lub litować się że śpią takie biedne pod naszymi oknami na gołej ziemi...
Wystarczyło już jednak pierwszych kilka dni a znienawidziłam cały psi ród. Od pierwszego aż do ostatniego pokolenia! Bo pieski, takie do tej pory śliczne i zabawne zamieniły się nagle w obrzydliwe, obleśne stwory. Stosowały wszelkie niesłychanie chytre podstępy w celu dostania się choćby do naszego korytarza jeśli już nie do mieszkania...Dreptały maniacko za nami do szkół i miejsc pracy, do sklepu... Wyły z tęsknotą pod oknami... No i- co najbardziej wkurzające, nasza własna Puniusia, siedząca na oknie w kuchni i najwyraźniej żal ten szczerze podzielająca! Nie mogła odżałować tego marnującego swój potencjał zbioru wielbicieli pod oknem i wyła na zmianę z nimi!
Z Punią Rodzice poradzili sobie szybko, dostała parę razy szmatą przez łeb i koncerty się skończyły. Reszty jednakże nie sposób było się tak łatwo pozbyć. Doświadczyłam tego niestety osobiście...
Zdarzało mi się wchodzić i wychodzić z domu przez balkon, który usytuowany był z drugiej strony budynku, daleko od głównego wejścia. Do szkoły leciałam biegiem, kryjąc się już to za osiedlowymi ławkami, już to za ulicznymi latarniami, czy parkowymi krzaczkami... Wracałam do domu drogami okrężnymi, codziennie inną. Przy sobie nosiłam kij, którym opędzałam się raz za razem od rozgorączkowanych miłośników. Nic to nie pomagało...
Co przeżywali moi Rodzice i Brat mogę się tylko domyślać, bo każdy z nas wstyd swój przeżywał po cichu.
...Nooo, może jestem jednak trochę niesprawiedliwa, bo zakochane psy w zasadzie nie były zbyt uciążliwe w utrzymaniu... Spały byle gdzie, (byle jak najbliżej) nie jadły nic, wielbiły nas wszystkich bezgranicznie i tylko trzeba było bardzo uważać żeby nie odwrócić się do któregoś tyłem. W takich sytuacjach bowiem traciły natychmiast swą łagodność i potulność. Wskakiwały nam na plecy lub (te mniejsze egzemplarze) na udo i gwałciły wszystko czego dosięgły. W otumanionych amorami łbach tak się wszystko poprzestawiało że nie za bardzo odróżniały nas od przedstawicielek własnego gatunku. Najważniejsze dla nich było by zapach się zgadzał...
Któregoś dnia doprowadzona do ostateczności Mama wzięła w dłoń trzepaczkę, otworzyła szeroko drzwi klatki schodowej i z fałszywym uśmiechem na ustach szerokim gestem zaprosiła wszystkich amorantów do środka. Z początku nie mogli uwierzyć we własne szczęście ale zaraz potem ruszyli tłumnie przepychając się w drzwiach, merdając ogonami i popiskując ze wzruszenia.
Wpuściła wszystkich. Co do jednego. Następnie starannie zamknęła drzwi i trzepaczka poszła w ruch...
...Krzyk, lament i tumult jaki się podniósł na naszym wyjątkowo uzdolnionym akustycznie korytarzu nie da się z niczym porównać. Mogę mieć jedynie nadzieję że Mama wybrała na tę chwilę linczu moment kiedy większość sąsiadów była w pracy. W każdym bądź razie dobrze się stało że o jej wyczynie nikt nie doniósł Towarzystwu Miłosników Zwierząt bo miałaby u nich przechlapane!
Któregoś dnia ślicznotka nasza dostała pierwszej cieczki. To, co od tej pory zaczęło się dziać na trawniku pod naszym domem przechodziło ludzkie pojęcie! Nagle, z dnia na dzień okazało się że mamy nie jednego psa ale ze czterdzieści! Różnej maści i wielkości.
Z początku było to nawet zabawne, jako że ja na przykład lubiłam zwierzątka i moim odwiecznym marzeniem było mieć ich jak najwięcej. Zdarzało mi się nawet głaskać z upodobaniem tego lub owego lub litować się że śpią takie biedne pod naszymi oknami na gołej ziemi...
Wystarczyło już jednak pierwszych kilka dni a znienawidziłam cały psi ród. Od pierwszego aż do ostatniego pokolenia! Bo pieski, takie do tej pory śliczne i zabawne zamieniły się nagle w obrzydliwe, obleśne stwory. Stosowały wszelkie niesłychanie chytre podstępy w celu dostania się choćby do naszego korytarza jeśli już nie do mieszkania...Dreptały maniacko za nami do szkół i miejsc pracy, do sklepu... Wyły z tęsknotą pod oknami... No i- co najbardziej wkurzające, nasza własna Puniusia, siedząca na oknie w kuchni i najwyraźniej żal ten szczerze podzielająca! Nie mogła odżałować tego marnującego swój potencjał zbioru wielbicieli pod oknem i wyła na zmianę z nimi!
Z Punią Rodzice poradzili sobie szybko, dostała parę razy szmatą przez łeb i koncerty się skończyły. Reszty jednakże nie sposób było się tak łatwo pozbyć. Doświadczyłam tego niestety osobiście...
Zdarzało mi się wchodzić i wychodzić z domu przez balkon, który usytuowany był z drugiej strony budynku, daleko od głównego wejścia. Do szkoły leciałam biegiem, kryjąc się już to za osiedlowymi ławkami, już to za ulicznymi latarniami, czy parkowymi krzaczkami... Wracałam do domu drogami okrężnymi, codziennie inną. Przy sobie nosiłam kij, którym opędzałam się raz za razem od rozgorączkowanych miłośników. Nic to nie pomagało...
Co przeżywali moi Rodzice i Brat mogę się tylko domyślać, bo każdy z nas wstyd swój przeżywał po cichu.
...Nooo, może jestem jednak trochę niesprawiedliwa, bo zakochane psy w zasadzie nie były zbyt uciążliwe w utrzymaniu... Spały byle gdzie, (byle jak najbliżej) nie jadły nic, wielbiły nas wszystkich bezgranicznie i tylko trzeba było bardzo uważać żeby nie odwrócić się do któregoś tyłem. W takich sytuacjach bowiem traciły natychmiast swą łagodność i potulność. Wskakiwały nam na plecy lub (te mniejsze egzemplarze) na udo i gwałciły wszystko czego dosięgły. W otumanionych amorami łbach tak się wszystko poprzestawiało że nie za bardzo odróżniały nas od przedstawicielek własnego gatunku. Najważniejsze dla nich było by zapach się zgadzał...
Któregoś dnia doprowadzona do ostateczności Mama wzięła w dłoń trzepaczkę, otworzyła szeroko drzwi klatki schodowej i z fałszywym uśmiechem na ustach szerokim gestem zaprosiła wszystkich amorantów do środka. Z początku nie mogli uwierzyć we własne szczęście ale zaraz potem ruszyli tłumnie przepychając się w drzwiach, merdając ogonami i popiskując ze wzruszenia.
Wpuściła wszystkich. Co do jednego. Następnie starannie zamknęła drzwi i trzepaczka poszła w ruch...
...Krzyk, lament i tumult jaki się podniósł na naszym wyjątkowo uzdolnionym akustycznie korytarzu nie da się z niczym porównać. Mogę mieć jedynie nadzieję że Mama wybrała na tę chwilę linczu moment kiedy większość sąsiadów była w pracy. W każdym bądź razie dobrze się stało że o jej wyczynie nikt nie doniósł Towarzystwu Miłosników Zwierząt bo miałaby u nich przechlapane!
*
Rodzice popełnili wielki błąd że nie uświadomili mnie wówczas w TYCH SPRAWACH. Ogólnie tylko poinformowali że mam naszego psa trzymać z dala od innych psów. Zapomnieli tylko to samo zapowiedzieć PSOM!
Wystarczyło bym odwróciła na moment głowę, a natychmiast Punia, uwiązana jak najbardziej przepisowo na smyczy straciła cnotę z takim jednym. Odwróciłam się i wstrząśnięta ujrzałam nagle że na smyczy mam już nie jednego psa ale dwa!!!
Rycząc w niebogłosy przywlokłam te swoje niezwykłe bliźniaki syjamskie do domu, do Taty, liczyłam bowiem na to że ON coś na to wszystko poradzi. I faktycznie. Jednym rzutem oka oceniwszy sytuacje, najpierw wyrzucił poślubioną parę na balkon, a następnie rozhisteryzowaną i zasmarkaną córkę dziarskim tonem zapewnił że za chwilę wszystko znowu będzie tak jak wcześniej...
I faktycznie... Już wkrótce nieszczęsny amant mógł być (bardziej niż chłodno) przez nas pożegnany, a jego oblubienica poczęła sposobić się do wydania na świat potomstwa...
Czas jej ciąży był dla mnie fascynujący...
...Nasza śliczna, zgrabniusia maskotka, powolutku zaczęła zamieniać się w czarną, lśniącą baryłeczkę. Często kładłam jej dłoń na brzuszku i z fascynacją obserwowowałam jak pod skórą poruszają się maleńkie łebki...
...Kiedy po jakimś czasie maleństwa przyszły na świat, radości było jeszcze więcej!
Rodzice popełnili wielki błąd że nie uświadomili mnie wówczas w TYCH SPRAWACH. Ogólnie tylko poinformowali że mam naszego psa trzymać z dala od innych psów. Zapomnieli tylko to samo zapowiedzieć PSOM!
Wystarczyło bym odwróciła na moment głowę, a natychmiast Punia, uwiązana jak najbardziej przepisowo na smyczy straciła cnotę z takim jednym. Odwróciłam się i wstrząśnięta ujrzałam nagle że na smyczy mam już nie jednego psa ale dwa!!!
Rycząc w niebogłosy przywlokłam te swoje niezwykłe bliźniaki syjamskie do domu, do Taty, liczyłam bowiem na to że ON coś na to wszystko poradzi. I faktycznie. Jednym rzutem oka oceniwszy sytuacje, najpierw wyrzucił poślubioną parę na balkon, a następnie rozhisteryzowaną i zasmarkaną córkę dziarskim tonem zapewnił że za chwilę wszystko znowu będzie tak jak wcześniej...
I faktycznie... Już wkrótce nieszczęsny amant mógł być (bardziej niż chłodno) przez nas pożegnany, a jego oblubienica poczęła sposobić się do wydania na świat potomstwa...
Czas jej ciąży był dla mnie fascynujący...
...Nasza śliczna, zgrabniusia maskotka, powolutku zaczęła zamieniać się w czarną, lśniącą baryłeczkę. Często kładłam jej dłoń na brzuszku i z fascynacją obserwowowałam jak pod skórą poruszają się maleńkie łebki...
...Kiedy po jakimś czasie maleństwa przyszły na świat, radości było jeszcze więcej!
Pojawiały się nie wiadomo skąd. Za każdym razem gdy wchodziłam do pokoju, w koszu leżał już kolejny a przejęta Punia, która od tego dnia przestała być naszą maskotką a zaczęła być MATKĄ spoglądała na mnie spode łba.
Maluchy zachwyciły nas wszystkich! Niczym wprawdzie nie przypominały przystojnej matki, bo były bez wyjątku łaciate, poza tym część była kudłata i kłapciata, ale jak dla nas nie było ładniejszych dzieci na świecie! Dwie rozkoszne siostrzyczki i dwóch dziarskich braciszków! Nareszcie mogliśmy z Bratem przestać się kłócić. On brał dwoje, ja dwoje i zapakowane w nasze stare zimowe czapki wynosiliśmy z dumą na spacery.
Ferajna z podwórka szalała! Po prostu szalała!!! Z dnia na dzień w podwórkowej hierarhii wyskoczyliśmy na sam szczyt! Wszyscy nasi koledzy i koleżanki skomleli żeby pozwolono im choć jedno puchate cudeńko potrzymać/pogłaskać/wziąć do domu!!! A my pozwalaliśmy na to albo nie!
Niestety, wszystko co dobre stanowczo za szybko się kończy. Szczenięta podrosły i trzeba było się z nimi pożegnać. Wycałowane przez nas i opłakane poszły do nowych właścicieli...
...Punia, widząc nasz (a szczególnie mój) żal, już wkrótce postarała się o następne. A potem jeszcze kolejne...
...To właśnie dzięki niej stałam się kynologicznym ekspertem. Natychmiast po wzruszającym momencie NARODZIN potrafiłam ocenić czy szczeniaczki (na pierwszy rzut oka identyczne) będą kudłate czy gładkowłose, duże czy małe, a uszka to będą miały szpiczaste czy okrągłe, stojące czy nie?!
W każdym bądź razie od tego czasu na wiele lat odechciało mi się suk...A cieczek na zawsze!
Maluchy zachwyciły nas wszystkich! Niczym wprawdzie nie przypominały przystojnej matki, bo były bez wyjątku łaciate, poza tym część była kudłata i kłapciata, ale jak dla nas nie było ładniejszych dzieci na świecie! Dwie rozkoszne siostrzyczki i dwóch dziarskich braciszków! Nareszcie mogliśmy z Bratem przestać się kłócić. On brał dwoje, ja dwoje i zapakowane w nasze stare zimowe czapki wynosiliśmy z dumą na spacery.
Ferajna z podwórka szalała! Po prostu szalała!!! Z dnia na dzień w podwórkowej hierarhii wyskoczyliśmy na sam szczyt! Wszyscy nasi koledzy i koleżanki skomleli żeby pozwolono im choć jedno puchate cudeńko potrzymać/pogłaskać/wziąć do domu!!! A my pozwalaliśmy na to albo nie!
Niestety, wszystko co dobre stanowczo za szybko się kończy. Szczenięta podrosły i trzeba było się z nimi pożegnać. Wycałowane przez nas i opłakane poszły do nowych właścicieli...
...Punia, widząc nasz (a szczególnie mój) żal, już wkrótce postarała się o następne. A potem jeszcze kolejne...
...To właśnie dzięki niej stałam się kynologicznym ekspertem. Natychmiast po wzruszającym momencie NARODZIN potrafiłam ocenić czy szczeniaczki (na pierwszy rzut oka identyczne) będą kudłate czy gładkowłose, duże czy małe, a uszka to będą miały szpiczaste czy okrągłe, stojące czy nie?!
W każdym bądź razie od tego czasu na wiele lat odechciało mi się suk...A cieczek na zawsze!
Komentarze
Prześlij komentarz