Agaton
Następny był Agaton. PONo-spaniel jak go nazywaliśmy, bo miał w sobie bardzo wyraźne cechy obu tych ras. Średniej wielkości, ale grubokościsty o pięknej beżowej sierści i słodkim, mięciutkim ciałku, w momentach kiedy był wykąpany i wyczesany aż rwał oczy swoją urodą. Wyglądał wtedy jak najczystszej krwi PON. Natomiast latem, kiedy upały szalały po świecie strzygłam go na krótko i wtedy miałam pięknego, beżowego spaniela.
Agaton był w zasadzie dobrym psem, ale po tacie owczarku nizinnym odziedziczył namiętność do stróżowania. Byłby idealny w domu z ogrodem bo był ostry i nieprzekupny. Nigdy nie widziałam żeby wziął cokolwiek do jedzenia z rąk obcego. Obwąchiwał to coś, co mu ofiarowywano, owszem, ale zaraz potem z miażdżącą pogardą odmawiał konsumpcji.
Suki też obwąchiwał ale z dużą rezerwą i bez większego zainteresowania. Nawet te z cieczką. Nie było przypadku żeby nie dał się od takiej odciągnąć.
Jak ktoś mu się nie spodobał, to ta osoba miała u niego przerąbane na wieki. Na przykład z jakichś tam powodów względów swych odmawiał Babci i jednej z Ciotek. Nieszczęsnej Babci wskoczył na plecy gdy będąc u nas raz w gościnie ośmieliła się podnieść z podłogi własne buty. Celem obucia (jak to ona mówiła).
Ciotce mało nie odgryzł nosa gdy rozczulona jego puchatą urodą pochyliła się na nim i głaszcząc po łbie bulgotała:
-Śliczny jesteś, śliiiiczny...
Byłam przy tym obecna i zaniepokojona podejrzanie ukośnym spojrzeniem jego ocząt i coraz bardziej wydłużającym się w kierunku Ciotki nosem zdążyłam tylko wykrzyknąć:
-Ciociu, uważaj booo...!!!
Na szczęście Ciotka nos zdołała uratować, ale na naszego psa obraziła się śmiertelnie.
Niestety, w naszym bloku, gdzie siłą rzeczy na jednej klatce schodowej żyć musiało na niewielkim stosunkowo metrażu kilkanaście rodzin, obie te jego cechy dały nam ostro w kość. Atakował każdego kto ośmielił się szwendać pod naszymi drzwiami lub oknami. I trudno było nawet mieć o to do niego pretensje. Chciał przecież dobrze...
My obie z Mamą jakoś sobie z nim radziłyśmy. Ja na przykład ze smyczy spuszczałam go dopiero kawałek od domu. Wiadomo było bowiem że na obcym terenie nie będzie już taki ważny. Musiałam tylko unikać mężczyzn.
Groziło mi w tym czasie między innymi z jego powodu staropanieństwo, bo Agaton czuł się w obowiązku chronić mnie przed męskimi zakusami nawet za cenę życia. Każdy osobnik płci męskiej, w wieku od 10 lat wzwyż, podchodzący do mnie bliżej niż na długość kija od szczotki był bezlitośnie odpędzany.
Najczęściej jednak, jeżeli tylko incydent ten miał szczęście zdarzyć się w odpowiedniej odległości od domu, nasz Puchatek dawał się przekonać do darowania swej ofierze życia.
Z przykrością muszę jednakże stwierdzić, że jeżeli chodzi o Tatę, to on w ogóle nie powinien był wychodzić z naszym psem na spacery. W krótkim czasie narazili się obaj połowie Osiedla.
Że pies szalał to było oczywiste, że szaleli przechodnie, też się jeszcze dawało zrozumieć. Czemu jednakże szalał Tato to już było trudniejsze do zrozumienia. W każdym bądź razie skargi na Tatę częstsze były nawet niż na psa!
Doszło do tego że nasz, taki na ogół spokojny i nie lubiący konfliktów Tato wytrzaskał jednego z sąsiadów po pysku i niewiele brakowało by wylądował wtedy na Komendzie Policji. Na szczęście ostatecznie skończyło się na srogim monicie ze Spółdzielni Mieszkaniowej.
Agaton właśnie Tatę kochał z nas wszystkich najbardziej ale-trzeba to powiedzieć wręcz-równocześnie właśnie z niego najmniej sobie robił.
A tymczasem wcale nie musiało dochodzić do konfliktów. Wystarczyło rozeznawać się troszkę w psim savoir vivre. Jeżeli chodzi o psy, to rytuał wyglądał zawsze tak samo: psiska biegające luzem omijały się z daleka, udawały że się nie znają, a nawet więcej-że się nie widzą! I najlepiej było tak właśnie to zostawić. Jednak co nerwowsi właściciele czuli się w obowiązku chronić swoich pupilów. Widząc nadchodzącego z przeciwka obcego psa natychmiast brali swojego profilaktycznie na smycz. Oj, wtedy dopiero zaczynał się bal! Oj, zaczynał!...
Psy na smyczach natychmiast zamieniały się w „ryczące czterdziestki", „szalejące pięćdziesiątki"! Pańciowie z trudem utrzymywali się na nogach usiłując tak jednego jak i drugiego odciągnąć na „bezpieczną" odległość. A psiska wyzywały się od najgorszych że aż chrypły: „Tyyy...taaaki owaaaki!!!...Żeby nie ta smycz to zobaaaaczyłbyś co ja bym ci zrooobił!!!"
Emocje buzowały i nierzadko udzielały się także jak na przykład w przypadku naszego Taty pańciom. Częstowali się oni wtedy nawzajem dobrym radami typu: „Jak się ma takiego psa to trzeba...(coś tam, coś tam)!!!" i nawzajem obiecywali sobie zawiadomić o incydencie policję.
Tak samo było jeśli takie spotkanie odbywało się po dwóch stronach płotu. Psiska szarpały pazurami siatkę, wspinały się na nią (zawsze tylko do połowy) udając że chcą ją przeskoczyć, tylko że niby nie mogą. Wyzwiska wymieszane ze śliną pryskały na obie strony, a tak przy tym bywały niecenzuralne że żadnego nie ośmielę się tu zacytować. Tuż obok mogła być dziura o średnicy do dwóch metrów, wystarczająca by oba pieniacze mogły przez nią przeleźć i zgodnie z życzeniem rzucić się sobie nawzajem do gardeł. Tak jeden jak i drugi omijali ją jednakże wzrokiem a jeśli przez nieszczęśliwy przypadek zdarzało się im w nią wpaść, głupieli, tracili rezon. Pomyślawszy chwilę robili zgodnie parę wstydliwych kroczków w bok, w kierunku w którym dziury nie było, albo przynajmniej nie takich rozmiarów, po czym cały taniec zaczynał się od nowa.
*
Był czas że za szaleństwa Agatona czułam się osobiście winna. Martwiłam się bowiem że to może wina głupiego imienia które było mojego autorstwa oczywiście (patrz: geny po Prababci).
W latach późniejszych na szczęście uspokoił się znacznie i nawet można było zacząć się nim chwalić. Był wielkim piecuchem, uwielbiał spać na naszych fotelach. Ale mimo to, kiedy temu super kulturalnemu zwierzakowi powiedziało się grzecznie: „Przepraszam!", natychmiast wstawał i ustępował miejsca. Na „Wynocha!" nie reagował.
Wykształcenie tego zwierza było doprawdy, jak na psa imponujące. Na przykład umiał liczyć. I to chyba nawet lepiej od niejednego człowieka. Wystarczyło zapytać: „Agatonku, ile to jest trzy dodać dwa?" a natychmiast, za pomocą gromkich szczeknięć dawał prawidłową odpowiedź. Potrafił też odejmować, dzielić, potęgować i w ogóle. Także na większych liczbach.
Tylko że wiadomo, nie umiał mówić, musiał szczekać, a wyszczekanie takiego, na przykład miliona czy nawet setki było ciut kłopotliwe. Z konieczności ograniczał się więc do małych liczb.
No dobra, przyznam się. To ja liczyłam. Zadaniem psa było wyłącznie szczekanie.
Magiczne pytanko: „Agatonku, ile to jest?..." uruchamiało go, a ręka wyciągnięta do pochwalnego pogłaskania i słowa:„Taaak, dooobrze!" zatrzymywała. Ale dzieciaki z podwórka zawsze wierzyły że to on liczy.
Uwielbiał się szkolić. Aż kipiał zapałem do zdobywania wykształcenia. Łapał wszystko w lot. Na mój rozkaz czołgał się pod krzesłami, skakał przez przeszkody, łaził po drabinie, aportował z wody i lądu, dawał głos, szukał zguby...
Przy tej ostatniej zabawie zawiązywałam mu apaszką oczy i kazałam siadać i „czekać". Czekał więc, szczęśliwy jak nie wiem co. Ja w tym czasie COŚ mu chowałam. Mogła to być moja czapka, jego piłka, portfel. Wszystko! Jedynym warunkiem było żebym mu wcześniej pokazała czego ma szukać. Na hasło:„SZUKAJ!" startował przed siebie kręcąc jak młynkiem krótkim ogonkiem i niuchając nosem po ziemi. Szukał moich śladów. Jak już znalazł, kwestia znalezienia również czapki (piłki, portfela) była już tylko kwestią czasu.
Sam z siebie jako wielki dżentelmen upierał się nosić moje bagaże. Nieraz większe od niego. Szczególnie torby z zakupami mu pasowały. Głupio mi było mu odmawiać, bo niby chciał dobrze, ale doprawdy, przeceniał swoje siły. Ostatecznie więc, szliśmy na kompromis. Zakupy rozdzielałam do dwóch osobnych reklamówek. Sama brałam tę cięższą, mojemu psiemu dżentelmenowi wręczałam lżejszą.
Niósł i puchł z dumy, bo oczywiście wzbudzał szalone zainteresowanie i ogólny zachwyt przechodniów.
Najbardziej jednak lubił nosić moje porfele, bo wtedy publiczność szalała! No, poprostu szalała!!!
Co niektórzy, (zwłaszcza panowie) próbowali mu pomóc ten porfel nieść a on wtedy wykonywał nonszalanckie, zgrabne uniki łbem.
Dla mnie było oczywiste że chodzi mu wyłącznie o poklask gawiedzi a nie o ulżenie mi w trudach dnia codziennego. Bo natychmiast, gdy tylko zbaczaliśmy w rejony bezludne, portfel jednym, niedbałym ruchem języka wypychany był z pyska i lądował na chodniku. Musiałam BAAARDZO pilnować tego momentu bo Kudłatek od tej chwili całkowicie przestawał troszczyć się o mój majątek. Po prostu miał go-w nosie! Gruszkowatym zresztą.
Gazety, tak popularne wśród innych psów, w naszym przypadku kompletnie się nie sprawdziły. Psisko bowiem, wyprowadzone widocznie z równowagi irytującym szelestem natychmiast po zniknięciu ostatniego widza skoczyło z tą gazetką w krzaki i za nic mając sobie moje rozpaczliwie krzyki podarło ją na malusieńkie kawalątka!!!
Raz jeden ta jego mania dźwigania przydała mi się bardzo. Było to wtedy gdyśmy wybrały się z koleżankami na jeden z naszych ulubionych, wieczornych spacerków po parku.
Nie było jeszcze zbyt późno, ale była zima, wieczór zapadł wcześnie a co za tym idzie zrobiło się ciemno.
W pewnym momencie zorientowałam się że nie mam porfela! Wypadł mi z kieszeni kurtki a my, zajęte plotkowaniem niczego nie zauważyłyśmy! Wróciłyśmy się po własnych śladach i zaczęłyśmy szukać.
Czas mijał, trasę naszego spaceru zdeptałyśmy z kilkanaście razy. Biegałyśmy w te i we wte coraz bardziej zakłopotane, bo zguby nigdzie nie było. Było ciemno, owszem, ale bez przesady, świeży śnieg leżał. Ciemnego portfela nie dałoby się na nim nie zauważyć, tym bardziej że co jak co, ale oczy wszystkie miałyśmy dobre.
Mój Uszatek nic „nie mówił", tylko biegał ochoczo razem z nami. I właśnie to że nic nie mówił", nie łapał w zęby patyków, kamieni ani śniegu wreszcie mnie zainteresowało. Przyczyna okazała się banalnie prosta. To on znalazł mój portfel i cały czas nosił go za mną w pysku. Wspaniały, niezawodny pies!
Po za tym mój wysiłek włożony w wyższe wykształcenie Agatonka przydał się właściwie tylko raz.
Przechodziliśmy wtedy przez Zalew kiedy jakiś lekkomyślny tata, podziwiając łabędzie ustawił się z małym dzieckiem na moście. Dziecko trzymało się rączkami barierki i fajtało nóżkami. Pewno buciki miało kupione „na wyrost" bo nagle fajt! Jeden z nich zatoczył łuk w powietrzu i wylądował w wodzie, pomiędzy wystraszonymi łabędziami.
Młody tatuś pewno miał srogą żonę bo mina mu wyraźnie zrzedła. Za to Agatonek teraz, właśnie teraz dostał swoją wielką szansę od losu.
-Agaton!-krzyknęłam na niego i złapawszy pierwszego lepszego patyka cisnęłam go do wody, mniej więcej w to miejsce gdzie pławił się bucik.
-Aport!!!
Kochany zwierzaczek zareagował natychmiast. Wystartował jak torpeda. Po chwili wrócił. Z patykiem... Głośno wyraziłam swoją dezaprobatę, wyłuszczyłam całą sprawę jeszcze raz i ponownie wrzuciłam patyk do wody. Agatonek szurnął w toń, ale już mniej pewnie. Podpłynął do patyka, zawahał się, złapał go w zęby, puścił na moje gromkie: „Nie! Zostaw!'. Pomyślał chwilę, złapał w zęby bucik. Wyraźnie się ucieszył kiedy krzyknęłam:„Taaak! Doooobrze!" i popłynął w stronę brzegu.
Na moście zdążyła już zebrać się spora grupka gapiów, którzy darli się na zmianę ze mną:„ TAAAK! DOBBRZRZE!!!"
Ależ psisko miało wtedy używanie! Tyle publiki, tyle braw, tyle okrzyków uznania!
Dumny jak paw podpłynął do brzegu i z bucikiem w zębach wyszedł na trawę. Normalnie trochę by się certolił zanim by go oddał, tym razem jednakże plunął nim niedbale i wywijając się spod rąk rozpromienionego młodego taty (który przyleciał z mostu żeby go uściskać) ze sztucznie obojętną miną zaczął obwąchiwać okoliczne kwiatki.
Ach, przepraszam! Jeszcze kiedyś wykorzystałam jego namiętność do kopania dziur. Bo kopliwy był jak Catepillar. Dziury kopał często i namiętnie. I za darmo. Za samą przyjemność kopania.
Któregoś razu Tato kupił dziesięć krzaczków pomidorów na działkę. W celu hodowli. Ja miałam je posadzić. Osobiście. Ale spojrzałam na Agatona i oko mi błysło. Bo Agaton siedział tuż obok i z szalonym zainteresowaniem obserwował moje wysiłki. Pokazałam mu tylko palcem gdzie trzeba wykopac dziurę i kopał, że aż iskry szły! Wykopał wtedy starannie, dokładnie i baaardzo chętnie wszystkie dziesięć dziur!
*
Miał oczywiście także i wady. Na przykład jak wszyscy jego pobratyńcy uwielbiał się „perfumować".
W naturze jest to jak najbardziej wskazane, maskuje bowiem naturalny zapach przy podchodzeniu zwierzyny.
Nasz Puchatek jednakże nie musiał polować, żarcie czekało przecież na niego w misce!
Przyjemności tej surowo mu więc wzbranialiśmy.
Nie mógł tego przeboleć i od czasu do czasu usiłował „wyperfumować się" choć troszkę, troszeczkę... Tak by nic nie było czuć... Coś takiego jednakże jest fizycznie niemożliwe!
Któregoś razu uszczęśliwił TYM podczas wieczornego, w zasadzie nocnego już spaceru właśnie MNIE!
Do mieszkania weszłam po cichutku i nie zapaląjąc światła. Jedną ręką zatykałam nos a drugą delikatnie odpinałam smycz, bardzo starając się przy tym nie zrzygać.
Zamierzałam przemknąć się jakby nigdy nic do pokoju i położyć do łóżka. Ostatecznie była noc, miałam chyba prawo, co nie?!
Niestety, smród jaki roztaczał się wokół słodkiego Agatonka wyrwał z głębokiego snu oboje moich Rodziców.
Pojawili się w przedpokoju, jedno w różowych, szerokich gaciach, drugie w koszulce nocnej i zgodnie jak rzadko zarządali ode mnie wykąpania zwierzaka!
Byli bezlitośni! Istne dwa stare zgredy!
Nic tylko: „Natychmiast go wykąp!” i „Natychmiast go wykąp!!!”. A była 23.30! Normalni ludzie o tej porze śpią a dzieci tym bardziej!!!!!!!!!!!!!!!!!!
*
W życiu codziennym Agatek bywał męczący jeszcze z innego powodu. Miał bowiem uterkę produkcyjną która powodowała że jak raz zaczął szczekać to już sam z siebie nie był w stanie skończyć. Znosił nam patyki lub kamienie i szczekał i szczekał i szczekał i szczekał...
Dopóki mu się wreszcie tym patykiem czy kamieniem nie rzuciło. To oczywiście nie był problem. Problemem było to że on tak potrafił całą dobę! Bez przerw na spanie i jedzenie! Nasze oczywiście.
*
Dwie klatki dalej na drugim pietrze mieszkała rodzina która miała troszkę podobnego psa. Tej samej wielkości i o podobnej fryzurze. Parysa.
Nasz był troszkę masywniejszy ale pod stogiem skołtunionego futra nie było tego widać. Tamten jeszcze oprócz tego był nieco ciemniejszy i miał ogon. Szczerze mówiąc żeby nie ten ogon właśnie to wyglądałby toczka w toczkę tak jak nasz Agatek kiedy był brudny.
Pewnego pięknego dnia (jak to się mówi ) padał deszcz, było błoto, a Agacik dzień wcześniej starannie przez Tatę wykąpany i wyczesany przy pierwszej okazji zwiał Mamie na spacerze.
Mama, wciąż mając przed oczami wiekopomny trud Taty klnęła go w żywy kamień i rozpaczliwie szukała po cały Osiedlu.
Wreszcie dostrzegła. Konkretnie jego brudno-płowy łeb wystający za osiedlowej ławki.
Podkradła się, capła za kudły, przypięła smycz do obroży i zaciągnęła do domu. Zwierzę szło potulnie, jak cielątko.
Nie wiem jak to było naprawdę ale legenda głosi że dopiero jak go Mama wsadziła do wanny celem kolejnego wykąpania to zorientowała się ze że porwany osobnik ma ogon, a nasz przecież nie!
Suki też obwąchiwał ale z dużą rezerwą i bez większego zainteresowania. Nawet te z cieczką. Nie było przypadku żeby nie dał się od takiej odciągnąć.
Jak ktoś mu się nie spodobał, to ta osoba miała u niego przerąbane na wieki. Na przykład z jakichś tam powodów względów swych odmawiał Babci i jednej z Ciotek. Nieszczęsnej Babci wskoczył na plecy gdy będąc u nas raz w gościnie ośmieliła się podnieść z podłogi własne buty. Celem obucia (jak to ona mówiła).
Ciotce mało nie odgryzł nosa gdy rozczulona jego puchatą urodą pochyliła się na nim i głaszcząc po łbie bulgotała:
-Śliczny jesteś, śliiiiczny...
Byłam przy tym obecna i zaniepokojona podejrzanie ukośnym spojrzeniem jego ocząt i coraz bardziej wydłużającym się w kierunku Ciotki nosem zdążyłam tylko wykrzyknąć:
-Ciociu, uważaj booo...!!!
Na szczęście Ciotka nos zdołała uratować, ale na naszego psa obraziła się śmiertelnie.
Niestety, w naszym bloku, gdzie siłą rzeczy na jednej klatce schodowej żyć musiało na niewielkim stosunkowo metrażu kilkanaście rodzin, obie te jego cechy dały nam ostro w kość. Atakował każdego kto ośmielił się szwendać pod naszymi drzwiami lub oknami. I trudno było nawet mieć o to do niego pretensje. Chciał przecież dobrze...
My obie z Mamą jakoś sobie z nim radziłyśmy. Ja na przykład ze smyczy spuszczałam go dopiero kawałek od domu. Wiadomo było bowiem że na obcym terenie nie będzie już taki ważny. Musiałam tylko unikać mężczyzn.
Groziło mi w tym czasie między innymi z jego powodu staropanieństwo, bo Agaton czuł się w obowiązku chronić mnie przed męskimi zakusami nawet za cenę życia. Każdy osobnik płci męskiej, w wieku od 10 lat wzwyż, podchodzący do mnie bliżej niż na długość kija od szczotki był bezlitośnie odpędzany.
Najczęściej jednak, jeżeli tylko incydent ten miał szczęście zdarzyć się w odpowiedniej odległości od domu, nasz Puchatek dawał się przekonać do darowania swej ofierze życia.
Z przykrością muszę jednakże stwierdzić, że jeżeli chodzi o Tatę, to on w ogóle nie powinien był wychodzić z naszym psem na spacery. W krótkim czasie narazili się obaj połowie Osiedla.
Że pies szalał to było oczywiste, że szaleli przechodnie, też się jeszcze dawało zrozumieć. Czemu jednakże szalał Tato to już było trudniejsze do zrozumienia. W każdym bądź razie skargi na Tatę częstsze były nawet niż na psa!
Doszło do tego że nasz, taki na ogół spokojny i nie lubiący konfliktów Tato wytrzaskał jednego z sąsiadów po pysku i niewiele brakowało by wylądował wtedy na Komendzie Policji. Na szczęście ostatecznie skończyło się na srogim monicie ze Spółdzielni Mieszkaniowej.
Agaton właśnie Tatę kochał z nas wszystkich najbardziej ale-trzeba to powiedzieć wręcz-równocześnie właśnie z niego najmniej sobie robił.
A tymczasem wcale nie musiało dochodzić do konfliktów. Wystarczyło rozeznawać się troszkę w psim savoir vivre. Jeżeli chodzi o psy, to rytuał wyglądał zawsze tak samo: psiska biegające luzem omijały się z daleka, udawały że się nie znają, a nawet więcej-że się nie widzą! I najlepiej było tak właśnie to zostawić. Jednak co nerwowsi właściciele czuli się w obowiązku chronić swoich pupilów. Widząc nadchodzącego z przeciwka obcego psa natychmiast brali swojego profilaktycznie na smycz. Oj, wtedy dopiero zaczynał się bal! Oj, zaczynał!...
Psy na smyczach natychmiast zamieniały się w „ryczące czterdziestki", „szalejące pięćdziesiątki"! Pańciowie z trudem utrzymywali się na nogach usiłując tak jednego jak i drugiego odciągnąć na „bezpieczną" odległość. A psiska wyzywały się od najgorszych że aż chrypły: „Tyyy...taaaki owaaaki!!!...Żeby nie ta smycz to zobaaaaczyłbyś co ja bym ci zrooobił!!!"
Emocje buzowały i nierzadko udzielały się także jak na przykład w przypadku naszego Taty pańciom. Częstowali się oni wtedy nawzajem dobrym radami typu: „Jak się ma takiego psa to trzeba...(coś tam, coś tam)!!!" i nawzajem obiecywali sobie zawiadomić o incydencie policję.
Tak samo było jeśli takie spotkanie odbywało się po dwóch stronach płotu. Psiska szarpały pazurami siatkę, wspinały się na nią (zawsze tylko do połowy) udając że chcą ją przeskoczyć, tylko że niby nie mogą. Wyzwiska wymieszane ze śliną pryskały na obie strony, a tak przy tym bywały niecenzuralne że żadnego nie ośmielę się tu zacytować. Tuż obok mogła być dziura o średnicy do dwóch metrów, wystarczająca by oba pieniacze mogły przez nią przeleźć i zgodnie z życzeniem rzucić się sobie nawzajem do gardeł. Tak jeden jak i drugi omijali ją jednakże wzrokiem a jeśli przez nieszczęśliwy przypadek zdarzało się im w nią wpaść, głupieli, tracili rezon. Pomyślawszy chwilę robili zgodnie parę wstydliwych kroczków w bok, w kierunku w którym dziury nie było, albo przynajmniej nie takich rozmiarów, po czym cały taniec zaczynał się od nowa.
*
Był czas że za szaleństwa Agatona czułam się osobiście winna. Martwiłam się bowiem że to może wina głupiego imienia które było mojego autorstwa oczywiście (patrz: geny po Prababci).
W latach późniejszych na szczęście uspokoił się znacznie i nawet można było zacząć się nim chwalić. Był wielkim piecuchem, uwielbiał spać na naszych fotelach. Ale mimo to, kiedy temu super kulturalnemu zwierzakowi powiedziało się grzecznie: „Przepraszam!", natychmiast wstawał i ustępował miejsca. Na „Wynocha!" nie reagował.
Wykształcenie tego zwierza było doprawdy, jak na psa imponujące. Na przykład umiał liczyć. I to chyba nawet lepiej od niejednego człowieka. Wystarczyło zapytać: „Agatonku, ile to jest trzy dodać dwa?" a natychmiast, za pomocą gromkich szczeknięć dawał prawidłową odpowiedź. Potrafił też odejmować, dzielić, potęgować i w ogóle. Także na większych liczbach.
Tylko że wiadomo, nie umiał mówić, musiał szczekać, a wyszczekanie takiego, na przykład miliona czy nawet setki było ciut kłopotliwe. Z konieczności ograniczał się więc do małych liczb.
No dobra, przyznam się. To ja liczyłam. Zadaniem psa było wyłącznie szczekanie.
Magiczne pytanko: „Agatonku, ile to jest?..." uruchamiało go, a ręka wyciągnięta do pochwalnego pogłaskania i słowa:„Taaak, dooobrze!" zatrzymywała. Ale dzieciaki z podwórka zawsze wierzyły że to on liczy.
Uwielbiał się szkolić. Aż kipiał zapałem do zdobywania wykształcenia. Łapał wszystko w lot. Na mój rozkaz czołgał się pod krzesłami, skakał przez przeszkody, łaził po drabinie, aportował z wody i lądu, dawał głos, szukał zguby...
Przy tej ostatniej zabawie zawiązywałam mu apaszką oczy i kazałam siadać i „czekać". Czekał więc, szczęśliwy jak nie wiem co. Ja w tym czasie COŚ mu chowałam. Mogła to być moja czapka, jego piłka, portfel. Wszystko! Jedynym warunkiem było żebym mu wcześniej pokazała czego ma szukać. Na hasło:„SZUKAJ!" startował przed siebie kręcąc jak młynkiem krótkim ogonkiem i niuchając nosem po ziemi. Szukał moich śladów. Jak już znalazł, kwestia znalezienia również czapki (piłki, portfela) była już tylko kwestią czasu.
Sam z siebie jako wielki dżentelmen upierał się nosić moje bagaże. Nieraz większe od niego. Szczególnie torby z zakupami mu pasowały. Głupio mi było mu odmawiać, bo niby chciał dobrze, ale doprawdy, przeceniał swoje siły. Ostatecznie więc, szliśmy na kompromis. Zakupy rozdzielałam do dwóch osobnych reklamówek. Sama brałam tę cięższą, mojemu psiemu dżentelmenowi wręczałam lżejszą.
Niósł i puchł z dumy, bo oczywiście wzbudzał szalone zainteresowanie i ogólny zachwyt przechodniów.
Najbardziej jednak lubił nosić moje porfele, bo wtedy publiczność szalała! No, poprostu szalała!!!
Co niektórzy, (zwłaszcza panowie) próbowali mu pomóc ten porfel nieść a on wtedy wykonywał nonszalanckie, zgrabne uniki łbem.
Dla mnie było oczywiste że chodzi mu wyłącznie o poklask gawiedzi a nie o ulżenie mi w trudach dnia codziennego. Bo natychmiast, gdy tylko zbaczaliśmy w rejony bezludne, portfel jednym, niedbałym ruchem języka wypychany był z pyska i lądował na chodniku. Musiałam BAAARDZO pilnować tego momentu bo Kudłatek od tej chwili całkowicie przestawał troszczyć się o mój majątek. Po prostu miał go-w nosie! Gruszkowatym zresztą.
Gazety, tak popularne wśród innych psów, w naszym przypadku kompletnie się nie sprawdziły. Psisko bowiem, wyprowadzone widocznie z równowagi irytującym szelestem natychmiast po zniknięciu ostatniego widza skoczyło z tą gazetką w krzaki i za nic mając sobie moje rozpaczliwie krzyki podarło ją na malusieńkie kawalątka!!!
Raz jeden ta jego mania dźwigania przydała mi się bardzo. Było to wtedy gdyśmy wybrały się z koleżankami na jeden z naszych ulubionych, wieczornych spacerków po parku.
Nie było jeszcze zbyt późno, ale była zima, wieczór zapadł wcześnie a co za tym idzie zrobiło się ciemno.
W pewnym momencie zorientowałam się że nie mam porfela! Wypadł mi z kieszeni kurtki a my, zajęte plotkowaniem niczego nie zauważyłyśmy! Wróciłyśmy się po własnych śladach i zaczęłyśmy szukać.
Czas mijał, trasę naszego spaceru zdeptałyśmy z kilkanaście razy. Biegałyśmy w te i we wte coraz bardziej zakłopotane, bo zguby nigdzie nie było. Było ciemno, owszem, ale bez przesady, świeży śnieg leżał. Ciemnego portfela nie dałoby się na nim nie zauważyć, tym bardziej że co jak co, ale oczy wszystkie miałyśmy dobre.
Mój Uszatek nic „nie mówił", tylko biegał ochoczo razem z nami. I właśnie to że nic nie mówił", nie łapał w zęby patyków, kamieni ani śniegu wreszcie mnie zainteresowało. Przyczyna okazała się banalnie prosta. To on znalazł mój portfel i cały czas nosił go za mną w pysku. Wspaniały, niezawodny pies!
Po za tym mój wysiłek włożony w wyższe wykształcenie Agatonka przydał się właściwie tylko raz.
Przechodziliśmy wtedy przez Zalew kiedy jakiś lekkomyślny tata, podziwiając łabędzie ustawił się z małym dzieckiem na moście. Dziecko trzymało się rączkami barierki i fajtało nóżkami. Pewno buciki miało kupione „na wyrost" bo nagle fajt! Jeden z nich zatoczył łuk w powietrzu i wylądował w wodzie, pomiędzy wystraszonymi łabędziami.
Młody tatuś pewno miał srogą żonę bo mina mu wyraźnie zrzedła. Za to Agatonek teraz, właśnie teraz dostał swoją wielką szansę od losu.
-Agaton!-krzyknęłam na niego i złapawszy pierwszego lepszego patyka cisnęłam go do wody, mniej więcej w to miejsce gdzie pławił się bucik.
-Aport!!!
Kochany zwierzaczek zareagował natychmiast. Wystartował jak torpeda. Po chwili wrócił. Z patykiem... Głośno wyraziłam swoją dezaprobatę, wyłuszczyłam całą sprawę jeszcze raz i ponownie wrzuciłam patyk do wody. Agatonek szurnął w toń, ale już mniej pewnie. Podpłynął do patyka, zawahał się, złapał go w zęby, puścił na moje gromkie: „Nie! Zostaw!'. Pomyślał chwilę, złapał w zęby bucik. Wyraźnie się ucieszył kiedy krzyknęłam:„Taaak! Doooobrze!" i popłynął w stronę brzegu.
Na moście zdążyła już zebrać się spora grupka gapiów, którzy darli się na zmianę ze mną:„ TAAAK! DOBBRZRZE!!!"
Ależ psisko miało wtedy używanie! Tyle publiki, tyle braw, tyle okrzyków uznania!
Dumny jak paw podpłynął do brzegu i z bucikiem w zębach wyszedł na trawę. Normalnie trochę by się certolił zanim by go oddał, tym razem jednakże plunął nim niedbale i wywijając się spod rąk rozpromienionego młodego taty (który przyleciał z mostu żeby go uściskać) ze sztucznie obojętną miną zaczął obwąchiwać okoliczne kwiatki.
Ach, przepraszam! Jeszcze kiedyś wykorzystałam jego namiętność do kopania dziur. Bo kopliwy był jak Catepillar. Dziury kopał często i namiętnie. I za darmo. Za samą przyjemność kopania.
Któregoś razu Tato kupił dziesięć krzaczków pomidorów na działkę. W celu hodowli. Ja miałam je posadzić. Osobiście. Ale spojrzałam na Agatona i oko mi błysło. Bo Agaton siedział tuż obok i z szalonym zainteresowaniem obserwował moje wysiłki. Pokazałam mu tylko palcem gdzie trzeba wykopac dziurę i kopał, że aż iskry szły! Wykopał wtedy starannie, dokładnie i baaardzo chętnie wszystkie dziesięć dziur!
*
Miał oczywiście także i wady. Na przykład jak wszyscy jego pobratyńcy uwielbiał się „perfumować".
W naturze jest to jak najbardziej wskazane, maskuje bowiem naturalny zapach przy podchodzeniu zwierzyny.
Nasz Puchatek jednakże nie musiał polować, żarcie czekało przecież na niego w misce!
Przyjemności tej surowo mu więc wzbranialiśmy.
Nie mógł tego przeboleć i od czasu do czasu usiłował „wyperfumować się" choć troszkę, troszeczkę... Tak by nic nie było czuć... Coś takiego jednakże jest fizycznie niemożliwe!
Któregoś razu uszczęśliwił TYM podczas wieczornego, w zasadzie nocnego już spaceru właśnie MNIE!
Do mieszkania weszłam po cichutku i nie zapaląjąc światła. Jedną ręką zatykałam nos a drugą delikatnie odpinałam smycz, bardzo starając się przy tym nie zrzygać.
Zamierzałam przemknąć się jakby nigdy nic do pokoju i położyć do łóżka. Ostatecznie była noc, miałam chyba prawo, co nie?!
Niestety, smród jaki roztaczał się wokół słodkiego Agatonka wyrwał z głębokiego snu oboje moich Rodziców.
Pojawili się w przedpokoju, jedno w różowych, szerokich gaciach, drugie w koszulce nocnej i zgodnie jak rzadko zarządali ode mnie wykąpania zwierzaka!
Byli bezlitośni! Istne dwa stare zgredy!
Nic tylko: „Natychmiast go wykąp!” i „Natychmiast go wykąp!!!”. A była 23.30! Normalni ludzie o tej porze śpią a dzieci tym bardziej!!!!!!!!!!!!!!!!!!
*
W życiu codziennym Agatek bywał męczący jeszcze z innego powodu. Miał bowiem uterkę produkcyjną która powodowała że jak raz zaczął szczekać to już sam z siebie nie był w stanie skończyć. Znosił nam patyki lub kamienie i szczekał i szczekał i szczekał i szczekał...
Dopóki mu się wreszcie tym patykiem czy kamieniem nie rzuciło. To oczywiście nie był problem. Problemem było to że on tak potrafił całą dobę! Bez przerw na spanie i jedzenie! Nasze oczywiście.
*
Dwie klatki dalej na drugim pietrze mieszkała rodzina która miała troszkę podobnego psa. Tej samej wielkości i o podobnej fryzurze. Parysa.
Nasz był troszkę masywniejszy ale pod stogiem skołtunionego futra nie było tego widać. Tamten jeszcze oprócz tego był nieco ciemniejszy i miał ogon. Szczerze mówiąc żeby nie ten ogon właśnie to wyglądałby toczka w toczkę tak jak nasz Agatek kiedy był brudny.
Pewnego pięknego dnia (jak to się mówi ) padał deszcz, było błoto, a Agacik dzień wcześniej starannie przez Tatę wykąpany i wyczesany przy pierwszej okazji zwiał Mamie na spacerze.
Mama, wciąż mając przed oczami wiekopomny trud Taty klnęła go w żywy kamień i rozpaczliwie szukała po cały Osiedlu.
Wreszcie dostrzegła. Konkretnie jego brudno-płowy łeb wystający za osiedlowej ławki.
Podkradła się, capła za kudły, przypięła smycz do obroży i zaciągnęła do domu. Zwierzę szło potulnie, jak cielątko.
Nie wiem jak to było naprawdę ale legenda głosi że dopiero jak go Mama wsadziła do wanny celem kolejnego wykąpania to zorientowała się ze że porwany osobnik ma ogon, a nasz przecież nie!
Komentarze
Prześlij komentarz