Ten pies to nie był pies tylko zaklęty w psa człowiek. Największy, ale i najmądrzejszy ze wszystkich moich psów...
Jego matkę, Elzę, również zresztą bardzo mądrą przyprowadził kiedyś do domu z ulicy Mężydło (czyli mój były mąż).
Suka ta wyglądała zupełnie jak ryży, ostrowłosy wilczur. Potrafiła otwierać sobie sama drzwi. Uwielbiała spać na łóżkach, zwłaszcza na córczynej, miniaturowej kanapce. Ale równoczesnie domyślając się że mogłoby to się nam nie spodobać nad ranem cichaczem z niej złaziła i kładła jakby nigdy nic na swoim legowisku. Ja jednak o tym jej szachrajstwie i tak wiedziałam, bo na kanapce pozostawały po niej pokłady ryżej sierści.
Po jakimś czasie Elza zaginęła....
...Odnalazła się dwa tygodnie później. Przywlokła się złajdaczona, pokorna i naturalnie ciężarna. Już wkrótce byliśmy właścicielami nie jednego psa ale ale pięciu.
Maleństwa te z początku nosiłam wszystkie w torbie na ramieniu, bardzo szybko jednakże zaczęłam mieć problemy z podniesieniem choćby jednego. Zresztą, nieważne, bo wszystkie poszły wkrótce do nowych właścicieli. Z nami został tylko Atos.
Za każdym razem gdy wchodziłam rano do kuchni on już tam na mnie czekał, (wyraźnie sporo większy niż wieczorem) i „umierał z głodu". Zjadłby nawet słonia z kopytami byle ulżyć wiecznie burczącemu żołądkowi. Zjadł kiedyś nawet garnek zupy którą ja osobiście oceniłam jako niestrawną. Dałam mu ją wyłącznie z ciekawości... Zjadł wszystko!
-Smakowało?!-pytanie to zadałam z dużym powątpiewaniem i naprawdę nie spodziewałam się odpowiedzi. Dziwny ten pies jednak nie tylko że zrozumiał o co pytam ale nawet odpowiedział mi energicznie otrząsając się. Ale za zupę mimo wszystko podziękował liżąc mnie z czułością po ręce.
O piątej rano nie miałam głowy do wymyślania dla niego wymyślnych dań, ale patrzył tak żałośnie, że podsuwałam mu chociaż parę kromek chleba. Łykał je jednym siorbnięciem pyska i nieco zaspokojony szedł z powrotem spać.
Już wkrótce z niepokojem zauważyłam że mój pies jest największym psem w mieście!
Wyglądał w zasadzie jak wilczur, tylko przez dłuższy czas nie mógł się zdecydować czy uszy chce mieć stojące czy nie. Raz mu stało jedno, raz drugie. Raz oba kładły mu się na lewo, to znów oba na prawo. Zapasy te obserwowalismy z zapartym tchem. Ostatecznie Atos zdecydował się na uszy kłapciate, czego długo mu nie mogliśmy darować. Mimo to i tak był wyjątkowo piękny i mądry.
Wystarczy powiedzieć że olbrzyma tego nigdy nie trzeba było prowadzać na smyczy. Jeżeli jednak chodził to tylko dla uspokojenia rozhisteryzowanych mam i babć kóre widziały w nim smoka wawelskiego szykującego się do zjedzenia ich pociech.
Kłopotu narobił mi właściwie tylko raz...
                                                                                                    *
...Na kamiennym murze oddzielającym teren Osiedla od ogrodów prywatnych siedziało sobie kocisko. Bezczelnie wypasione, pręgowane i bardzo zadowolone z życia.
Wszystko wskazywało na to że ośmielało się zażywać kąpieli słonecznych i-co było jeszcze bardziej oburzające-że sprawia mu to niesamowitą przyjemność!
Atos, psisko na ogół grzeczne, zdyscyplinowane i życzliwie odnoszące się do świata na jego widok dostał małpiego rozumu. Nie dając kotu nawet tej jednej jedynej chwili potrzebnej do podjęcia decyzji o ratowaniu życia, rzucił się w jego kierunku bluzgając najgorszymi psimi obelgami jakie tylko przyszły mu do łba.
Kot z wrażenia z tego murku po prostu chyba zleciał, bo stanowczo nie wierzę by decyzję o ewakuacji zdążył podjąć świadomie. Odetchnęłam z ulgą, ale okazało się że przedwcześnie.
Mój pupil bowiem pogrążony w amoku nie zdążył wyhamować i żeby nie rozbić sobie łba wskoczył na ten murek, zachwiał się rozpaczliwie i nie dając już rady utrzymać równowagi poleciał w dół, za Kotem.
Krzyknęłam rozpaczliwie i zwisłam do połowy na tym nieszczęsnym murze chcąc zorientować się w rozwoju sytuacji.
Kota nigdzie nie było widać, pewno dawno był już za lasami i za górami. Za to moje psiątko biegało jak szalone po cudzym ogrodzie, tratując grządki z sałatą i usiłując znaleźć jakąkolwiek dziurę w płocie.
...Wyglądało na to że raczej nie znajdzie...
Okropnie niemiła była mi myśl o stanięciu oko w oko z właścicielami posesji ale nie chcąc zostawiać przyjaciela w opałach nacisnęłam nieśmiało klawisz dzwonka przy furtce.
Wyszła do mnie starsza, groźnie wyglądająca niewiasta która już od progu tubalnym głosem poinformowała mnie że uwzględniać będzie wyłącznie informacje wypowiadane głośno i wyraźnie.
Ledwo zdążyłam jej życzenie spełnić wskazując drżącym palcem mojego szalejącego za jej plecami psa i ledwo pani ruszyła w jego kierunku, kiedy Atos przykucnął, odbił się i hooop! Niczym ten motylek, jakiś bielinek kapustnik, tak lekko i beztrosko przefrunął nad dwumetrowym ogrodzeniem.
Spurpurowiałam, krzyknęłam do pani że już nie musi się fatygować i prysłam stamtąd prawie z taką prędkoscią jak wcześniej kocur od którego wszystko się zaczęło.
                                                                                                           *
     Kiedy indziej Atos porwany pospolitym psim ruszeniem cichcem wymknął nam się z domu na „baby".
Natknęłam się na niego już następnego dnia przed szóstą rano, kiedy to zaspana i na pół przytomna spieszyłam do pracy. Jak zwykle trochę spóźniona. I tylko dlatego nie ucieszyłam się kiedy próbował podbiec do mnie by-jak dobre psie wychowanie nakazuje-przywitać się wylewnie i ogoniasto. Nie chcąc by szedł za mną krzyknęłam nerwowo:
-Uciekaj! Sio!
Stanął posłusznie, ogon mu znieruchomiał. Ulżyło mi. Obejrzałam się jeszcze dwa razy, żeby upewnić się że za mną nie idzie. Nie szedł. Stał tylko i patrzył, nie zwracając uwagi na kotłujące się w głębi ulicy inne psy choć chwilę wcześniej brykał sobie beztrosko na równi z nimi.
Po południu, po moim powrocie z pracy psa nadal nie było. Nie przejęłam się ani trochę, bo było dla mnie oczywiste że wróci dopiero jak amory wywietrzeją mu z głowy. Tak przynajmniej było z innymi psami.
Mijał jednakże dzień za dniem, mróz był na dodatek siarczysty i Mężydło-zupełnie jak nie on-poczuł się zaniepokojony. Uparł się byśmy psa poszukali.
...Znaleźliśmy go biedaka już na sąsiednim podwórku, leżącego pod balkonem na sztywnej od mrozu ziemi. Na nasz widok skulił się i usiłował oddalić, ale tylko trochę. Widać było że nie ma śmiałości marzyć o tym by „winy" zostały mu odpuszczone.
Nie pomogło czułe nawoływanie, cmokanie i gwizdanie. Mnie pozwalał nawet dość blisko do siebie podchodzić, ledwo jednakże Mężydło robił krok w jego stronę podkulał ogon pod siebie i odskakiwał. Wyraz pyska miał przy tym tak żałosny i tak przepraszający za tę „niegrzeczność" że aż serce krajało się w cienkie plasterki.
Mężydło schował się ostatecznie w korytarzu i z tamtąd przez okno dyskretnie obserwował akcję.
Dużo, bardzo dużo czasu zajęło mi przekonanie naszego nieszczęsnego futrzaka by pozwolił chwycić się za obrożę. Drugie tyle trwało namówienie go na wejście do budynku, potem do mieszkania.
Przekroczył próg i natychmiast osunął się po drzwiach na podłogę jak martwy. Dalej już absolutnie nie chciał wejść.
Zostawiliśmy go w spokoju przysunąwszy tylko w pobliże miskę z jedzeniem i drugą z piciem.
Gdybym wiedziała wcześniej jak czułe sumienie ma ten dziwny pies i jak bardzo będzie czuł się winny z powodu swojej nieskonsultowanej z nami wycieczki, nigdy w życiu nie krzyknęłabym do niego:„Uciekaj! Sio!"
...No ale gdyby babcia miałaby wąsy to byłaby dziadkiem, wiadomo.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Agaton