Któregoś dnia Córka z Zenobiuszem przywlekli do domu psa który tak na oko wyglądał prawie tak samo jak każdy normalny pies, oczywiście jeśli nie liczyć mnóstwa pręg na brązowym cielsku. Ale już wkrótce zwierzę to okazało się BESTIĄ która zesłana nam została jako zupełnie niewspółmierna kara za dość nieliczne przecież grzechy.
Czterokilogramowe tego pierwszego dnia Maleństwo miało być dla Córki opatrunkiem na zranioną duszę. Straszliwie bowiem cierpiała z powodu przeprowadzki z rodzinnego Miasta, do Miasta w którym zamieszkałam po ślubie z Zenobiuszem.
Pies o wdzięcznym imieniu Filip, którego sprezentował jej wówczas Ojczym to było naprawdę bardzo dziwne zwierzę. Nie wiem z kim go matka miała ale chyba jednak nie z innym psem. Bo cechą rozpoznawczą psów jest to że na ogół mają dobry charakter i po okresie młodzieńczego buntu uznają zwierzchnictwo człowieka. A ten nasz spuszczony nieopatrznie ze smyczy natychmiast zapominał o naszym istnieniu i nie reagował na żadne, najczulsze nawet nawoływania. A przywołany musiał być koniecznie bo tak samo jak był piękny tak był też głupi i niefrasobliwy.
Lista powodowanych przez niego zagrożeń była wprawdzie niedługa ale za to bardzo tragiczna w skutkach. Mógł na przykład z właściwym sobie poczuciem humoru obedrzeć kogoś z odzienia, zgwałcić jakieś niewinne dziecię, albo wskoczyć którejś z licznie pętających się po ulicach staruszek na głowę. Co też wszystko regularnie czynił.
Potwór ten po dojściu do wieku dojrzałego był tak silny że rozrywał najgrubsze nawet kolczatki. Nie wspominając już o tym że żadna, nawet najostrzejsza nie robiła na nim wrażenia. A muszę powiedzieć że po półtorarocznej gościnie u nas wyrósł na prawdziwego olbrzyma. Z niepokojem zauważyłam kiedyś że większego od niego psa w Mieście wówczas nie było. Duży, o zgrabnej sylwetce, dumnie wypiętej barczystej piersi, nogach jak u sarny, pięknym łbie, bystrym i szlachetnym spojrzeniu bursztynowych oczu (...Ech...Jak te pozory jednak robią ludzi w konia...), z ogonem jak pejcz
Tak na oko miał w sobie co najmniej cztery rasy: boksera, doga, wilczura i amstafa. Tak przynajmniej oceniali go zachwyceni przechodnie bo ja tam się nie znam. Zwłaszcza na amstafach.
Zwierzę to, urodzone i przez pierwsze tygodnie swego życia wychowywane wyłącznie w budzie absolutnie nie chciało przyjąć do wiadomości że łóżko jest dla nas a nie dla niego. Żadne prośby i groźby nie skutkowały. Zenobiusz, zagorzały przeciwnik psów w pościeli od czasu do czasu pokazywał mu palcem gdzie życzy go sobie widzieć a Filuś go w ten palec wtedy gryzł.
Nawet kiedy przywiązałam go raz do klamki to i tak postawił na swoim. Z początku wysuwał tyłek najdalej jak się dało, żeby chociaż owym tyłkiem dotknąć pościeli i tak siedział. Z miną fanatycznie zawziętą i szyją naciągniętą do granic możliwości! Później wpadł na lepszy pomysł. Dosłownie koniuszkiem pazura przyciągnął sobie jedną poduszkę i na niej legł. Nie mówiąc już o tym że dopóki tego wyczynu nie dokonał, skuczał jak potępieniec. Sprałam go wreszcie ścierką, na co się obraził, nasikał koło drzwi i zwiał. Dosłownie. Na dwa dni.
Filip był jedynym naszym psem któremu trzeba było zakładać w domu kaganiec, nawet kiedy był jeszcze malutki. Nie żeby nie niszczył mebli (co zdarza się normalnym, młodym pieskom), tylko żeby nie gryzł nas, a trzeba wiedzieć że czynił to często, złośliwie i perfidnie.
W rynsztunku tym nie można go było wypuszczać samego na dwór, bo wszystkie kolejne kagańce kradły mu okoliczne wyrostki, z którymi łączyło go złodziejskie porozumienie.
Od urodzenia był, trzeba to powiedzieć wręcz-obleśny. Przekonałam się o tym ściągając go po kolei z Córki, Pasierbicy, Koleżanki Córki, naszej Pracownicy no i wreszcie z samej siebie. Zenobiusz moje wstydliwe napomknienia na ten temat przepuszczał między uszami bo on nie umiał rozmawiać na t.z.w. trudne tematy. Ale wreszcie musiał kiedy na moich oczach Filuś zgwałcił i jego.
-I to od tyłu!-jak skomentował mój Mąż zniesmaczony.
Któregoś razu gdy był jeszcze dość mały nie mogąc z nim już wytrzymać w domu nałożyłam mu kaganiec i wypuściłam by się ciutkę wyszalał. Jakieś pół godziny później przyszły dwie bardzo grzeczne dziewczynki i prosiły by ktoś po niego przyszedł do szkoły. Cała klasa wraz z panią nauczycielką zabarykadowała się bowiem w sali gimnastycznej i nie mogła przez niego wyjść na zewnątrz. Każdy, wysunięty na zewnątrz kawałek nogi natychmiast był gwałcony, nie mówiąc już o tym że oczywiście kaganiec temu szalenie groźnemu psu natychmiast zdjęło jakieś niewinne dziecię.
Kiedy miał pięć miesięcy miał już swoją pierwszą sprawę karną. Zaatakował wówczas pewną panią, która zaniepokojona jego już wówczas słusznymi rozmiarami nie pozwoliła mu na bliżsżą znajomość ze swoim, znacznie mniejszym pupilem. Pani stała na środku ulicy, swego psa trzymała na głowie i wrzeszczała. Filip obskakiwał ją dookoła a my biegaliśmy za nim również wrzeszcząc i usiłując złapać. Trwało to dość długo. Na tyle długo że pani załamała się nerwowo i natychmiast jak tylko było to już możliwe poleciała złożyć na niego donos na Policję.
Żeby go złapać musieliśmy uciekać się do najprzeróżniejszych wybiegów. Do każdego tylko raz, bo potwór ten, co by tam o nim złego nie mówić, był bardzo inteligentny i drugi raz na ten sam dowcip nie nabierał się. Najlepiej było poprosić jakiegoś młodego żeby go przytrzymał bo chłopaków w wieku chuligańskim uwielbiał i oni mogli z nim robić wszystko co chcieli.
Tę jego obleśność też wykorzystaliśmy kiedyś podstawiając mu mojego małoletniego wówczas Kuzyna na przynętę. Ustawiliśmy to nieszczęsne dziecko tuż przy wejściu na ogrodzony z obu stron most. Po jednej stronie tego mostu siedział w krzakach i czekał Mąż z Córką, po drugiej ja z Wujem. Kuzyn skulił się, wypiął wedle moich instrukcji tyłek i też czekał.
Filip dojrzał tę jego kuszącą pozycję ciała i aż zadrżał z radości i pożądania. Niewiele myśląc wskoczył chłopinie na plecy. Kiedy zobaczył Cókę z Zenobiuszem, zachichotał szatańsko, zeskoczył z dziecka i runął przed siebie, prosto na ów most. Jego mina, kiedy zobaczył mnie z Wujem po drugiej stronie i pojął że jest w pułapce warta była Oskara.
Mimo wszystko był to jednak nasz pies, a my czuliśmy się zobowiązani dbać o jego potrzeby duchowe i wszystkie inne. Dlatego pewnego razu zabraliśmy go daleko, daleko za Miasto w nadziei że tam wyszaleje się wreszcie i przy okazji nie narobi żadnych szkód. Tymczasem w tym samym momencie w którym Mąż odpiął smycz ja ujrzałam na dalekim, baaardzo dalekim horyzoncie niewielką grupkę dzieci. Jęknęłam i najchętniej wsadziłabym głowę tak jak struś w najbliższą kupę piachu, wiedziałam bowiem aż za dobrze co stanie się gdy dostrzeże ich nasz PIES.
Piachu w pobliżu nie było, zasłoniłam więc ostatecznie tylko na chwilę oczy dłonią.
-Filuuuś...-zamiałczałam przypodchlebnie, tak jakby nigdy nic-Choć na chwilę do pańci...Filipeeek...
Pomimo starań by głos mój brzmiał tak jakby nigdy nic pies natychmiast zwietrzył podstęp. Poderwał pręgowany łeb i bystrym okiem zlustrował bliższą i dalszą okolicę. Błyskawicznie dojrzał daleką i ledwie widoczną grupkę dzieci i-co było zresztą do przewidzenia-aż podskoczył z radości!
Puścił się w ich kierunku biegiem, a my-krzycząc i wymachując rękoma-za nim. Tylko że gdzie nam do niego było, niestety...
Nieszczęsnych pacholąt dopadł pierwszy. Rozejrzał się po nich, błyskawicznie wybrał tego który był najbardziej w jego guście, po czym skoczył i zaczął GWAŁCIĆ!!!
Przerażone dziecko przewróciło się na trawę, a reszta gromadki parsknęła gromkim śmiechem. Zanim zdołaliśmy dobiec, chłopczyk podnosił się tak i padał jeszcze kilkakrotnie, a jak wyglądał to nawet nie będę mówić...
                                                                                                              *
     Pewnego razu, kiedy jak zwykle zrozpaczeni ganialiśmy go po całym Mieście, napatoczył nam się pod nogi jakiś menel. Pan ten wyglądał tak, że jak to mówią za sam wygląd powinien był dostać przynajmniej ze dwa dożywocia.
Do tego właśnie kolesia a nie do nas NASZ pies podbiegł w podskokach i służalczych wygibasach jak do dawno niewidzianego a uwielbianego przyjaciela. I na dodatek tak się zaczął łasić i tak skręcać ze „szczęścia” że aż nas szlag trafiał! Razem i z osobna.
Nie znaczy to że o nas zapomniał, broń Boże! Co jakiś czas rzucał nam pogardliwe i pełne złośliwej satysfakcji ukośne spojrzenia.
Menel aż się rozpromienił i zacmokał czule a wredne psidło ze skowytem szczęścia przypadło mu do nóg.
-Fiiiluuuś-jęczało indywiduum-Fiiiiluuuś, choooodź do mnie mój maleeeńki!
I ten głupek szedł! A do nas nigdy nie chciał. Chyba że wyłącznie w tym celu by nas w coś ugryźć!
Ta wymiana wzajemnych uprzejmości twałaby znacznie dłużej gdyby nie interwencja mojego zniesmaczonego Męża.
-Niech go pan nie woła!-zażyczył sobie ozięble-Bo to jest MÓJ pies a nie pana i ma chodzić za mną a nie ZA PANEM!
Bardziej już precyzyjnie nie można było naszych uczuć wyrazić.
Niemniej lekko stropiona musiałam wreszcie przyjąć do wiadomości że TEN PIES nas nie lubi! Gorzej nawet. Gardzi nami. Uważa za cieniasów. Swoje zdanie na nasz temat miał wręcz wypisane na pasiastym, złośliwym pysku.
                                                                                                         *
     Trzymany z konieczności, ze względu na ten bandycki charakter w domu, w małym, skazanym na zatracenie pomieszczeniu, Filip uwielbiał ocierać się grzbietem o białe ściany. Nie wiem do czego mu to było potrzebne, ale widocznie do czegoś było, bo absolutnie nie chciał z tego przykrego zwyczaju zrezygnować. W krótkim czasie ściany te na wysokości jego grzbietu naznaczone były szerokimi, brudnymi smugami. Czasami także, widocznie dla urozmaicenia odbijał swoje ubłocone łapy.
Tęskniąc za towarzystwem wył jak potępieniec, ale wypuszczać go nie za bardzo było można, bo z miejsca przynosił nam wstyd.
Jedną z klientek zaszedł kiedyś od tyłu i wsadził jej ten swój wielki nos między dwie, ciasno ściśnięte spodniami pókule pośladków. Pisk jaki ona z siebie wówczas wydobyła do dziś wibruje mi w uszach.
Kiedy indziej przywiązałam go do krzesła na którym siedziałam i dałam kość do obgryzania. Przez krótki czas wszyscy byliśmy zadowoleni. Ja-bo Filuś był zadowolony, on-bo nie musiał siedzieć samotnie ma ciemnym zapleczu. Pracownica-bo jak my byliśmy zadowoleni to i ona.
To ogólne zadowolenie trwało aż do chwili gdy przyszła pani ze sklepu obuwniczego zamówić tabliczkę z godzinami otwarcia, a Filuś właśnie w tym momencie puścił bąka.
Pracownica natychmiast odsunęła się żeby nie było na nią. Pani ze sklepu obuwniczego z kamienną twarzą dotrwała do końca, a ja sprawę potraktowałam beztrosko, pewna że ona psa pod moim krzesłem widzi i rozumie że to nie ja...
Dopiero Pracownica po jej wyjściu zachwiała moim przekonaniem, oświadczając że wcale nie jest takie pewne że pani psa widziała...
                                                                                                       *
     Zenobiusz usiłował znaleźć dla niego mimo wszystko jakieś zastosowanie. Pies był duży, zgrabny, piękny, przy męskim boku prezentował się doskonale. Próbował więc zabierać go ze sobą na poranne bieganie. Miał nadzieję że pies zużyje w ten sposób ten swój nadmiar złej energii. Filuś jednakże nie spisał się w ogóle, bo zamiast biegać, wieszał się Mężowi na spodniach obdzierając je z nogawek od ud aż do kostek. Tyle było dobrego z tego wspólnego biegania że psy, do tej pory szczekające za biegnącym Zenobiuszem, teraz goniły Filipa. Nieszczęsny ten zwierz jednym okiem zezował za Zenobiuszem, żeby wiedzieć gdzie biec, a drugim za współplemieńcami żeby wiedzieć w co go kąsają. Nienawiść psa do psa to było przerażajace zjawisko.
                                                                                                         *
     Uwielbiał Córki kolegów. Szczególnie dwóch. Jednemu ponoć notorycznie gwałcił glany a drugi już na sam jego widok krzyczał z daleka:
-Eeeej tyyyyy!!! Zaaabierz tego głupiego psaaa!!!!
Obaj ci koledzy mieli kiedyś nieszczęście spotkać się z nami, to znaczy ze mną, z Córką i z Filipem pod miejską Biedronką.
Filip dojrzał ich obu znacznie szybciej niż oni jego, zawył z miłości, skoczył i...kolejna kolczatka rozpruła się jak damska pończoszka. Pies ze skowytem szczęścia rzucił się w ramiona temu Koledze którego kochał troszkę więcej niż drugiego.
Młodzieniec nie spodziewając się tego nic a nic, bo jednak dopiero co widział psa uwiązanego na grubej smyczy fajtnął nogami i wyłożył się na śniegu jak długi. Zwierz skakał po nim jak po trampolinie a ogonem wywijał jak wiatr skrzydłami wiatraka.
Córka oniemiała a ja klnąc tak, że aż wstyd się przyznać rzuciłam się na nich obu próbując jakoś ich rozdzielić.
Udało mi się to nawet dość szybko. Chłopię pozbierało się i prysło a ja leżąc na szamoczącym się wciąż psie motałam mu na szyi prowizoryczne wiązanie z resztek smyczy.
Drugi Kolega w tym czasie stał sobie obok i zainteresowaniem wszystkiemu się przyglądał. Filip nie odrywając ślepi od znikającej w zimowym mroku miłości jego życia leżał na śniegu pode mną i wył rozpaczliwie. Koledze żal go było, schylił się więc i czule pogłaskał. W tym samym momencie Filuś miotnął się i grzmotnął go twardym łbem w nos. Delikwent, oszołomiony poleciał do tyłu. Opadł dżinsami na śnieg i trzymając się za swój wyrostek smarczysty patrzył na nas ogłupiałym wzrokiem. Jak się potem okazało Filip mu ten nos wtedy złamał, ale dowiedziałam się o tym znacznie później i nieoficjalnie więc siedziałam cicho. Tym bardziej że Kolega, widocznie powodowany litością nigdy żadnych pretensji nie zgłosił.
                                                                                                    *
     Łakomy był straszliwie, zżerał wszystko co stanęło mu na drodze. Pracownicy na przykład zeżarł cztery pączki które miała zamiar rozdzielić między nas wszystkich (za wyjątkiem Filusia) z okazji Tłustego Czwartku. Nic wtedy nie powiedziała ale zapamiętała to sobie na długo.
Kiedyś wreszcie go jednak pokarało, bo pewnego pięknego dnia (Jak to się mówi...) na pozór bez powodu dostał takich boleści i takiej potwornej sraczki żeśmy już myśleli że skona. Sądząc po tym cośmy znaleźli w jego odchodach, przednich i tylnych, powodem jego kłopotów musiała być mandarynka która trochę wcześniej zaginęła bez śladu. Miałyśmy ozdobić nią bitą śmietanę na którą akurat miałyśmy obie z Córką szalonego smaka.
Zenobiusz naraził mi się wtedy bo sprzątając raz za razem kolejne żygi wrzeszczał że chyba żeśmy na głowy poupadały żeby karmić psa mandarynkami.
A przecież gołym okiem widać było że mandarynka którą za przeproszeniem srał Filuś była ze skórką. Więc musiał ją sobie sam wziąć.
...Srał w niedzielę, srał w poniedziałek, we wtorek załamałam się, ubrałam go w kaganiec i wyrzuciłam na dwór żeby tam kończył swe dzieło. Smród bowiem w domu przechodził ludzkie pojęcie. Do tego stopnia że ponoć według słów Pracownicy, pani z sąsiedniej firmy która przychodziła do nasej ubikacji w celu wypróżniania zrezygnowała z załatwienia swojej potrzeby w naszej ubikacji i wolała przejść się do Gościńca. Nie dziwię się jej. Bo ja też nie byłam w stanie wejść do pomieszczenia zajmowanego przez Filusia i jego gówna.
Jeden Zenobiusz dzielnie trwał na stanowisku razem z mopem, wiadrem i płynami do mycia podłóg o zapachu leśnym.
Kiedy już mu pierwsza złość przeszła, przestał krzyczeć że nie chce TEGO PSA widzieć na oczy, że GO odda na wieś, natomiast niespodziewanie zrobiło mu się go żal. Bo Filuś miał tak potworne boleści i tak potworne wyrzuty sumienia że-wedle słów Zenobiusza -usiłował wypróżniać się do sedesu.
-On chyba domyśla się że TO TAM się robi!-argumentował Zenobiusz przejęty-No bo czemu nasrał na deskę do sedesu?!
Filuś na podwórku leczył swoje kiszki a ja modliłam się żeby był wystarczająco chory by nie gwałcić dzieci i nie zaczepiać innych psów. Nie wiem na ile moje życzenie spełniło się, w każdym bądź razie pies wrócił do domu dopiero przed jedenastą, ale za to zdrowiuteńki.
*
Nadszedł dzień kiedy nasz pies skończył półtora roku i wszystko wskazywało na to że nigdy nie będzie na tyle odpowiedzialny byśmy mogli choć troszkę odetchnąć. Było to jedyne nasze zwierzę którego nie polubiliśmy i które nie lubiło nas. Był złośliwy, gryzł nas, gwałcił, nie słuchał się nic a nic, szczególnie na ulicy. Pomimo że był to przecież już dorosły pies wciąż potrafił jeszcze zfajtać się w domu i nawet nie miał z tego powodu najmniejszych wyrzutów sumienia. Życie z takim stworzeniem pod jednym dachem, a już zwłaszcza odpowiedzialność za niego to był niesamowity ciężar.
-Biedny Filuś-mówiłam patrząc na niego z urazą-Nikt go nie lubi...
Po chwili ciężkiego namysłu dodawałam z westchnieniem:
-Tylko jeszcze ja się staram...
Kiedyś Córka, która pogryziona była przez niego jak przez stado komarów załamała się nerwowo i prosto w nos mu wykrzyczała że odda go do schroniska ale nie przejął się nic a nic.
A poza domem był to przecież zupełnie inny zwierzak. Sąsiedzi go uwielbiali po prostu. Zmieniał się wówczas o 180 stopni. Był wylewny, serdeczny, ujmujący i idealnie posłuszny. Kochał, szanował i słuchał się wszystkich, tylko nie nas!
Tak dłużej być nie mogło. Nad pasiastym łbem zaczęły kłębić się coraz bardziej stanowczo CZARNE CHMURY.
*
     Mieliśmy go wszyscy po dziurki w nosie, ale nikt nie miał odwagi powiedzieć tego głośno. Bo pokutowało w nas wpajane nam od dzieciństwa przekonanie że psa bierze się na dobre i na złe. Że pies to nie zabawka. Że oddany po skończeniu przez niego pierwszego roku życia będzie cierpiał i tęsknił.
Tylko czy te wszystkie wzniosłe zasady na pewno tyczyły się również tego PSA?!!!
To ja wreszcie jako odpowiedzialna za życie i zdrowie rodziny podjęłam „męską decyzję".
Zaciskając zęby wyprodukowałam piękne ogłoszenia pod tytułem „ODDAM ZA DARMO W DOBRE RĘCE". Z krótkim opisem. Że pies piękny, przyjacielski, lubiący dzieci. I nawet nie musiałam kłamać. Wszystko to była szczera prawda. Pies był przyjacielski aż do przesady, z każdą, najgorszą nawet łajzą (im gorsza tym lepsza prawdę mówiąc) natychmiast był na przyjacielskiej łapie, a dzieci też uwielbiał, no po prostu UWIELBIAŁ, zwłaszcza gwałcić. Co do urody najgorszy wróg nie mógłby mu jej odmówić.
Zenobiusz dowiedziawszy się o mojej decyzji nawet za bardzo nic nie mówił, w końcu widział jak jest. Popatrywał tylko na pasiasty łeb ze smutkiem.
Córka natomiast była przerażona i błagała mnie bym zmieniła decyzję.
Bo Córka psa nie lubiła, zajmować się nim nie chciała (ilekroć brała go na spacer to albo ją zgwałcił, albo przewrócił) ale oddać go nikomu nie miała życzenia. Wytknęłam jej to a ona musiała przyznać mi rację. Mimo wszystko psa było jej żal. Zwłaszcza kiedy zadzwonił nagle jakiś poczciwy chłopina i zaofiarował się że go weźmie o ile spodoba mu się w realu.
Kaja za wszelką cenę usiłowała udowodnić mi że on się zmienił.
-Zobacz mamo-mówiła-jaki on grzeczny!
-Ugryź ją Filuś-mówiłam wtedy zgryźliwie ja-Ugryź ją, żeby przestała cię żałować!
I Filuś (mimo wszystko mądry pies, wszak rozumiał każde słowo!) gryzł ją natychmiast w łokieć. I zaraz potem szczypał w tyłek.
Ogłoszenie odniosło pożądany skutek, telefony po prostu się urywały. Wyglądało na to że trzeba będzie urządzić losowanie, takie nasz piękny Filipek wzbudzał zainteresowanie.
Córka jednakże ubłagała mnie by psa oddać jednemu z owych dwóch Kolegów którzy go z taką wzajemnością uwielbiali.
-Przynajmniej będzie blisko!-mówiła patrząc na mnie z urazą.
Chcieli go obaj, strasznie po prostu, ale ostatecznie szczęście owo spotkało tego od gwałconych glanów.
Ból i żal po jego starcie jakoś dziwnie szybko z naszego domu wywietrzały. Jakaż to była ulga pozbyć się wreszcie tego kryminalisty!
Nasze szczęście i błogość nie trwały jednak długo. Już bowiem w jakiś miesiąc później pies stał z powrotem pod naszymi drzwiami. Smycz uwiązana była do kraty a w obrożę wetknięta była karteczka.
Kiedy go zobaczyłam na własne, nie wierzące samym sobie oczy wyglądał jak jakiś pączek w maśle: Tłusty, błyszczący, zadbany, siedzący grzecznie na tyłku owiniętym pasiastym ogonem.
-FILIIIP!!!!-zawyłam na jego widok i trzęsącym się palcem pokazałam go Mężowi. Mąż spojrzał i zbaraniał.
-To nie on!!!-łudził się jeszcze.
Podbiegliśmy bliżej...
Psiątko ucieszyło się szalenie na nasz widok. Chyba po raz pierwszy zresztą w życiu.
Wszystko niestety wskazywało na to że słodki zwierzaczek nie siedzi pod naszymi drzwiami tak bez powodu.
Zenobiusz zacisnął usta, wziął psa, przejętą Kaję i poszli pod ostatni adres naszego zwierza wyjaśnić sytuację.
Wyrodny właściciel nie ośmielił się pokazać. Na rozmowę z Mężem wyszła jakaś zabiedzona niewiasta.
-Wie pan...-odezwała się zbolałym głosem-Ja, ogólnie rzecz biorąc, nic do TEGO PSA nie mam! Ja GO nawet lubię, ALE JA MAM RAKA!!!
Cóż można było powiedzieć w takiej sytuacji?!
Zenobiusz zabrał psa, Kaję i podejrzanie małomówny wrócił do domu.
Kaja usiłowała jeszcze ratować swoją reputację wydzwaniając za tym drugim Kolegą, tym od złamanego nosa, ale okazało się że on też już Filusia absolutnie nie chce.
Moja córka spokorniała i przez dłuższy czas zchodziła z oczu Zenobiuszowi. Bo gołym okiem widać było ze ją znienawidził w tych tragicznych dniach prawie tak samo jak tego naszego psa.
-A tyle ludzi po niego dzwoniło! TY-LE-LU-DZI!!!!-powtarzał raz za razem popatrując na pasierbicę z ukosa przekrwionymi oczyma.
Ja też patrzyłam ale na psa, leżącego z wyjątkowym zadowoleniem na podłodze.Kiedy podniósł łeb i zerknął na mnie machając ogonem warknęłam:
-Niech ci się nie wydaje że tu zostaniesz!!!
Całe szczęście że jego piękno zewnętrzne wystarczyło byśmy wreszcie opchnęli go jakimś obcym, nie znającym go ludziom do domu z ogrodem, gdzie się ponoć odnalazł znakomicie. Zresztą, miał już wtedy prawie dwa lata. Może wreszcie zmądrzał?!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Agaton